poniedziałek, 15 lipca, 2024

Wrocław: Jogi nie przeżył sylwestra. To był zawał

– Nagle osłabł. Zaczął sapać, dusić się – opowiada przez łzy pani Jolanta z wrocławskiego Nowego Dworu. – Jego łapki stały się zimne, po chwili upadł na podłogę – opisuje to, co w sylwestrowy wieczór działo się z jej czteroletnim ukochanym maltańczykiem.

– Wcześniej nigdy nie bał się petard aż tak bardzo. Uciekał do domu, gdy ktoś strzelał przed blokiem, ale w mieszkaniu zawsze się uspokajał. Ale w tym roku wystrzałów było dużo więcej niż zawsze, Jogi już kilka godzin przed północą był niespokojny – opowiada kobieta. W niedzielę robiła co mogła, by uspokoić psa. Włączyła głośno telewizor, przytulała go, głaskała. Nie pomagało. Pies trząsł się ze strachu.

Potem wszystko działo się błyskawicznie. Przytomność stracił parę minut po tym, gdy zaczął się dusić. Pani Jolanta dzwoniła gdzie się dało, by znaleźć pomoc. Była północ. Weterynarze nie odbierali telefonów. – Wreszcie po dobrych 20 minutach znalazłam lekarza, który przyjmie nas mimo pory. Wsiedliśmy do auta i popędziliśmy do lecznicy – relacjonuje kobieta. Niestety, na ratunek było za późno. Lekarz nie miał wątpliwości – Jogi miał zawał serca.

To najdrastyczniejszy przykład skutków sylwestrowych hałasów we Wrocławiu. Ale Ekostraż, która w sylwestrową noc dyżurowała w mieście, reagując na sygnały o zwierzętach spłoszonych przez petardy miała ręce pełne pracy. Tylko tej jednej nocy odebrała kilkanaście telefonów. O piątej nad ranem w krzakach przy ul. Kwidzyńskiej na Kowalach wolontariusze znaleźli trzęsącego się, rannego kundelka. Pies spłoszony hukiem uciekał prawdopodobnie ulicą. Tu został potrącony przez auto. Na szczęście, jego życiu nic nie zagraża. Ekostraż szuka jego właściciela.